niedziela, 16 sierpnia 2015

Pierwsi Polacy na Szczycie Karola Marksa


Szczyt Marksa [za: http://travelingluck.com/]
Jakieś dwa tygodnie temu w Public Pubie – jednej z bardziej lubianych przez obcokrajowców knajp w Duszanbe – słyszę, że facet przy stoliku za mną zastanawia się po polsku nad zamówieniem herbaty. Okazało się, że ów facet i jego towarzysz to uczestnicy właśnie zakończonej wyprawy na Szczyt Karola Marksa, który znajduje się w południowej części tadżyckiego Badachszanu.
Szczyt Marksa ma 6723 m n.p.m. i jest najwyższym szczytem wschodniego pasma Gór Sachadryjskich w południowo-zachodnim Pamirze. Po raz pierwszy zdobyła go radziecka ekspedycja kierowana przez Eugeniusza Bieleckiego, który zresztą jako pierwszy zdobył dwa pamirskie siedmiotysięczniki (1937), a także poprowadził pierwszą zagraniczną ekspedycję zagraniczną do Chin (1956).
Bielecki urodził się pod Warszawą w 1908 roku, potem mieszkał na Ukrainie, a ostatecznie przeniósł się do Sankt Petersburga, gdzie został wysoko wykwalifikowanym pracownikiem fabryki maszyn Kirowa. Już prawie dekadę przed wyprawa w Pamir wcześniej usłyszał od odwiedzającego tamte tereny geologa, że są tam do zdobycia dziewicze szczyty, ale plany popsuła mu wojna. To właśnie ów geolog, Siergiej Klunnikow, nazwał jeden z opisanych przez siebie, szacowanych na siedmiotysięczniki szczytów, imieniem Karola Marksa, a jego pracę na ten temat wydrukowała w 1937 roku radziecka Akademia Nauk. Kiedy Bielecki wrócił z wojny, zaczął organizować wyprawę, ale z powodu braku sprzętu i trudności organizacyjnych, przekładano terminy wyjazdu. Ostatecznie udało się zdobyć szczyt 6 września 1946 roku wczesnym popołudniem. Polacy w ostatnich latach podejmowali próby zdobycia góry, ale po raz pierwszy udało się to Bartkowi Białasowi, Janowi Lenczowskiemu i Bartkowi Szelidze właśnie w tym roku - 16 lipca.
Facet i jego towarzysz ostatecznie zamówili piwo.
Szczyt Engelsa i Szczyt Marksa [za: http://www.summitpost.org/pik-engels-and-pik-karl-marx/253537; 16.08.2015]
Szczyt Marska na mapie Tadżykistanu [za: http://www.peakbagger.com/peak.aspx?pid=13165; 16.08.2015]

Eugeny Beletsky
Eugeniusz Bielecki (1908-1979) [za: www.russianclimb.com/beletsky]

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Najbardziej kulturalne miasto świata

Cała przygoda z Pandżakentem - miasteczkiem nad rzeką Zarafszan w prowincji Sogd - zaczęła się na parkingu przy fabryce cementu na północnym krańcu Duszanbe, skąd odjeżdżają marszrutki na północ kraju. Oczywiście od razu obskoczyli nas kierowcy, ale najbardziej przekonujący był ten, który nie tylko zwracał się do mnie pięknym zdrobnieniem Paulinoczka, ale zapewnił, że ma nowy samochód, a w nim już dwóch kulturalnych pasażerów.  Nie można było odmówić.
Kulturalny pan na przednim siedzeniu pochwalił się, że w 1968 roku interweniował w Czechosłowacji. Dziś, ubrany w białą koszulę, jechał do Pandżakentu w delegację. Dla wygody swój opakowany w elegancki pokrowiec garnitur powierzył równie kulturalnemu młodemu człowiekowi na siedzeniu za kierowcą (że to nie garnitur młodego człowieka okazało się dopiero, kiedy człowiek ów wysiadł w jakiejś dziurze sporo przed Pandżakentem).

Widok z przełęczy Anzob
Pandżakent to miasteczko nad rzeką Zarawszan liczące niewiele ponad 30 tysięcy mieszkańców. Leży zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Samarkandy, ale granica z Uzbekistanem została kilka lat temu zamknięta i - jak wieść lokalna niesie - zaminowana. Do samego Pandżakentu dostać się obecnie nie łatwo, bo górski tunel, budowany latami przez Irańczyków i otwarty - o ile pamięć mnie nie myli - zaledwie kilka lat temu, jest w naprawie i tak będzie do października. Trzeba nadłożyć trochę kilometrów, a przede wszystkim czasu, jadąc po fatalnej jakości drodze przez przełęcz Anzob - podobno jedną z bardziej niebezpiecznych w regionie. Strach w oczach rekompensują za to piękne widoki, szczególnie z samej góry - w chmurach pyłu trzeba wspiąć się samochodem na wysokość ponad 3 tysięcy metrów nad poziomem morza.

Smakołyki z czajchany Muhiddin
Pandżakent okazał się przemiłym miejscem - domy wydawały się bardziej czyste i zbudowane z większym rozsądkiem niż podejrzane konstrukcje w Duszanbe. Ludzie znacznie rzadziej zaczepiają turystów na ulicy odzywkami typu "heloł", a największą furorę robi czajchana Muhiddin. Jedzenie fantastyczne, w pierwszy dzień zamówiłyśmy płow za 15 somoni plus herbatę, do czego dostałyśmy chleb, sałatki, a potem znienacka po kawałku orzechowego ciasta i dwie kawy rozpuszczalne, a za wszystko policzono nam... 15 somoni. Drugiego dnia do obiadu dodano nam arbuza, a młodziutki kelner stwierdził, że musimy być jego gośćmi (przy czym zaproponował wymianę adresów na facebooku lub adnoklasnikach). Trzeciego dnia do obiadu (wyjątkowo pyszny laqman - mięsna zupa z makaronem) podano nam bardzo smacznie wyglądające kawałki wołowiny, a obiad zjadłyśmy... na rachunek szefa knajpy. Ten sam młody kelner koniecznie chciał nam przynieść coś jeszcze, żebyśmy - cytuję - wiedziały, że Tadżycy są gościnni. Ale nie mogłyśmy już niczego w siebie wcisnąć.
Równie kulturalna była obsługa w naszym hostelu, a nawet w knajpie, do której poszłyśmy na piwo - pan  właściciel co prawda bardzo chciał się z nami napić piwa i porozmawiać, ale po wielokroć zapewniał, że nie ma żadnych złych zamiarów i jeśli nie chcemy, to on sobie pójdzie. Nie mówić już o tym, że wyszłyśmy jako ostatni goście i nikt nawet się nie zająknął, że żona właściciela czeka już na niego przy wyjściu z torebką na kolanach.
Wróciłyśmy z Pandżakentu z tym samym kulturalnym kierowcą, chociaż pasażerów miał tym razem nieco mniej kulturalnych. Obok mnie siedział potwornie bełkoczący pan, który przez ćwierć wieku pracował w moskiewskim KGB, wraz z niezwykle młodą małżonką. Zapraszali nas do siebie, bo użyczyłyśmy im magicznej polskiej tabletki na ból głowy, ale nie mogli się za to nadziwić, że nie chcę się poczęstować takim przysmakiem jak kurut, czyli zeschłą kulką z jakiegoś mlecznego przetworu, chyba jogurtu - niestety mdli mnie na samą myśl. Za nami natomiast siedziała rodzina z dzieckiem - matka za moimi plecami miała okropną chorobę lokomocyjną. A na postoju taki patriarchalny obrazek - żony najpierw poszły do toalety, a potem czekały sobie na uboczu na odjazd, natomiast mężowie poszli zjeść i napić się herbaty, a potem za potrzebą w krzaki. Bełkoczący pan ożywił się po tym posiłku niezwykle i zaczął bawić rozmową najpierw kierowcę (bez efektu), potem mnie (również), potem pana z tyłu, a ostatecznie własną małżonkę, co poszło mu zresztą najlepiej. Chyba pierwszy raz była w podróży, więc pokazywał jej to rzekę, to góry, to przełęcz.
O samym Pandżakencie jeszcze będzie.

Widok z drogi przez przełęcz Anzob
Przydrożne źródło
Widok z drogi przez przełęcz Anzob        
Przydrożny postój
Przełęcz Anzob
Przełęcz Anzob

sobota, 25 lipca 2015

Wizowe rozżalenie


za: https://en.wikipedia.org/wiki/Visa_policy_of_Tajikistan
Wydawanie obcokrajowcom wiz w ambasadzie tadżyckiej w Wiedniu to koszmar. Tysiąc maili i telefonów wykonanych do ambasady w ciągu półtora tygodnia, bo tyle mniej więcej nasze paszporty czekały na łaskawy koniec. Zaczęło się od tego, że - mimo posiadanego przez nas potwierdzenia, kiedy dokumenty dotarły kurierem pocztowym do ambasady - pracownik działu wizowego twierdził, że dostał je dopiero po kilku dniach (raz nawet nie podszedł do telefonu, bo podobno był w innej części budynku, który jest... zupełnie mikroskopijny). Potem były przepychanki z typem wizy, chociaż starałyśmy się o naukową, mając odpowiednie zaproszenia. Największym marzeniem pracownika było wciśnięcie nam wiz biznesowych (tzw. wizoi kori), co udało mu się w ubiegłym roku i miałyśmy potem niemały stres, jak celnik zażądał pozwolenia na pracę, strasząc karami!). Wizy studenckie... no mógłby wydać... ale bez pozwolenia na wjazd do Badachszanu, bo wtedy nie może. Chcemy sprawdzić przepisy i ceny (pan oczywiście o nich nie mówi, tylko odsyła do internetu), ale strona ambasady jest nagle zawieszona i nie działa... przez kolejny tydzień!
Ostatecznie wiz studenckich jednak nie może, daje nam wizy na cele prywatne (wizoi chosusi), cokolwiek by to nie znaczyło. Zdaniem pana z ambasady nie będziemy mieć żadnych problemów. Ale płatny meldunek na miejscu w odpowiednim urzędzie musimy zrobić i tak. Za 20 euro od osoby na osłodę otrzymujemy za to pozwolenia na wjazd do Badachszanu (opłata pewnie idzie do kieszeni, bo nie jest wyszczególniona na stronie, a ambasada w Berlinie daje je za darmo). Wiza na cele prywatne jest tańsza o 10 euro, ale oczywiście nie ma mowy o zwrocie pieniędzy (nie pierwszy raz mi się to zdarza, chociaż za pierwszym przynajmniej obiecywali zwrot).
Moja wiedeńska przyjaciółka idzie wreszcie odebrać paszporty (ambasada nie odeśle ich nawet na mój koszt). Ma przyjść koło południa, ale godzinę czeka pod ambasadą, bo akurat jedzą tam lunch - nie ma tego w informacji o godzinach pracy ambasady, a telefon oczywiście nie odpowiada. Tak się robi w Tadżykistanie, a że osoba z Europy tego nie wie, to jej sprawa... Ostatecznie dostaje się do środka. Pan dopytuje ją, po co tam jedziemy i stwierdza, ze nie wydał wizy naukowej czy studenckiej, bo instytucja zapraszająca jest... podejrzana. I nie działa jej strona internetowa (sic!).
Zastanawiam się, czy ten koszmar - chyba większy z roku na rok - teraz ma coś wspólnego z zeszłorocznym aresztowaniem w Tadżykistanie badacza zatrudnionego w zachodnim projekcie. Ale myślę, że nie, bo paszporty wysyłają z naszymi dwie polskie turystki. Kiedy przy jednej z rozmów telefonicznych  pytam o ich paszporty, pan uprzejmie mnie informuje, że przecież nie dołączyły wniosku. Zapewne, gdybym nie zapytała, w ogóle nie dostałyby tych wiz. Jakiego, przecież dołączyły wszystkie dokumenty (zgodnie z działającą jeszcze wtedy stroną)? No takiego swoimi słowami, że chcą jechać. Ostatecznie w zamian za opłatę wizową wniesioną - jak na stronie - za wizę na 45 dni, pan wypisuje im w paszporcie wizę na miesiąc. I tym samym okrawa im jeden dzień, bo wpisane miały, że będą 31 dni. I całe szczęście, że wyjeżdżają stamtąd nie samolotem, a drogą lądową i mogą wycyrklować na dzień wcześniej.
To tyle. Wieść niesie, że w Berlinie nie jest lepiej.