Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróżowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróżowanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2016

Kirgistan - kraj największej jurty Azji Centralnej

Jeden z dawnych kirgiskich bohaterów
Kilka miesięcy temu nadarzyła mi się okazja, żeby zobaczyć, jak żyją ludzie po drugiej stronie granicy - w Kirgistanie, czyli kraju jurt. Nawet jeśli spora część Kirgizów dziś już w jurtach nie mieszka, to jurta jest widocznym wszędzie symbolem i powodem do dumy, a w okolicach Biszkeku można zwiedzić nawet ponoć największą jurtę w Azji Centralnej. Do architektury jurty nawiązuje nawet czerwona kirgiska flaga, na której widnieje złoty tündük – mająca odprowadzać dym dziura w dachu jurty – w otoczeniu czterdziestu płomieni. Symbolizują one zjednoczone przez mitologicznego herosa Manasa kirgiskich plemion i pokonanie Chińczyków i Kałmuków. Moim zdaniem to strasznie fajne mieć na państwowych symbolach takie mitologiczne historie!
Kirgistan ma obecnie ponad 5,5 mln mieszkańców, z czego większość stanowią Kirgizi - szacunkowo jakieś 70% społeczeństwa. Kirgizi mają swój język należący do języków turkijskich, co oznacza, że blisko im pod tym względem do większości pozostałych narodów Azji Centralnej - takich Uzbeków czy Turkmenów - a całkiem daleko do Tadżyków.
Tadżyków Kirgizi nie lubią i przy każdej okazji chętnie okazują swoją nad nimi wyższość. Moja radość, że rozumiem niektóre kirgiskie słowa - wyraźnie pożyczki persko-arabskie - została opatrzona komentarzem, że te wszystkie słowa znam z tadżyckiego, bo Tadżycy przejęli je... od Kirgizów. Oczywiście jak Kirgizi nie lubią Tadżyków, tak i Tadżycy nie przepadają za Kirgizami - podczas wizyt w Tadżykistanie nasłuchałam się o przestępcach, napadach, złodziejstwie, mafii i skorumpowanej policji i ogólnej samowolce...

Centrum handlowe w Biszkeku
Słowem-kluczem jest u Kirgizów (też dobrze mi znane, ale już  się nawet nie przyznaję) madanijat - kultura. Taki wytrych, jeśli Kirgiz chce cokolwiek mądrego powiedzieć o swoim kraju. A właściwie wytrychy są dwa - kultura i demokracja. Nie będę teraz rozważać, na ile Kirgistan jest krajem demokratycznym, bo sami chyba od demokracji coraz bardziej dryfujemy gdzieś w przestworza jedynej słusznej władzy, ale warto wspomnieć, że faktycznie akurat właśnie tu po rozpadzie ZSRR władza zmieniła się już kilkakrotnie, a Kirgizi z dumą podkreślają, że dwukrotnie wszczęli rewolucję. Jak na Azję Centralną zasiedziałych dyktatorów to faktycznie nietypowe. I, co więcej, o tych zmianach władzy się mówi, stoją pomniki, można odwiedzić groby poległych. Jak porównać to na przykład z zupełnie nieobecnym tematem wojny domowej w Tadżykistanie, to w Kirgistanie mamy do czynienia z inną rzeczywistością polityczną. Ale, jak przestrzega znajomy Amerykanin, osiadły w Biszkeku od lat, oczywiście i tu nie należy się za bardzo wychylać z politycznymi komentarzami czy działaniami. Azja Centralna to jednak zawsze Azja Centralna.

Pałac prezydencki w Biszkeku
A sam Biszkek? Ogromny szok, bo wydawało mi się, że to będzie takie drugie Duszanbe. Ale - w przeciwieństwie do tadżyckiej stolicy - miasteczko Piszpek założono tu trochę wcześniej. W 1926 roku ówczesne Frunze - nazwane tak na cześć lokalnego rewolucjonisty - zostało stolicą radzieckiej Kirgizji, a w 1991 roku przemianowano je na Biszkek i uczyniono stolicą młodej, niepodległej republiki. Dziś Biszkek ma prawie milion mieszkańców, skomplikowany system komunikacji trolejbusowo-marszrutkowej, poradzieckie blokowiska i socjalistyczny budynek Poczty Głównej (sprawdzone - widokówki do Polski dochodzą, chociaż zajmuje im to kilka dobrych tygodni), filharmonię (sprawdzone - wszystkie krzesła zajęte), pałac prezydencki, kilka uniwersytetów (w tym jeden sponsorowany przez bratni naród turecki), Muzeum Narodowe (choć akurat zamknięte na czas remontu), knajpki w stylu zachodnim i liczne pomniki, spośród których najbardziej rzuca się w oczy Manas, mitologiczny heros, któremu miejsca ustąpił Lenin - nie zburzony, ale przeniesiony na tyły muzealnego gmachu. 

Wieczorny widok na Biszkek

Muzeum Narodowe w Biszkeku

Są i jurty :)


Cmentarz ofiar rewolucji

Meczet ufundowany przez Turków

Największa jurta świata :)

Wnętrze jurty dla turystów


Heros Manas przed budynkiem filharmonii 

wtorek, 1 listopada 2016

Magiczny grobowiec sufickiego mistrza

Wejście do grobowca Hamadaniego
Właśnie uświadomiłam sobie, że przy okazji święta zmarłych mogłabym naprodukować strasznie dużo postów, jeśli wziąć pod uwagę liczbę grobów i mauzoleów, które odwiedziłam w Tadżykistanie i kilku sąsiednich krajach. Ale niech będzie o jednym z tych, które najlepiej pamiętam - mauzoleum czternastowiecznego mistrza sufickiego Mira Sajida Alego Hamadaniego w Kulobie na tadżyckim południu. A pamiętam je, bo ten czternastowieczny suficki mistrz trochę namieszał w moim życiu...
Znany już w średniowieczu Kulob jest jednym z bardziej znanych miast współczesnej tadżyckiej historii - ten konserwatywny rejon odegrał ważną rolę w wojnie domowej (1992-1997), z tych też okolic wywodzą się liczni tadżyccy oficjele, na czele z prezydentem Rahomonem, pochodzącym z niedalekiej Dangary. To tereny rolnicze, dawniej podzielone na wielkie kołchozy. Uprawia się tu przede wszystkim bawełnę i zboża. Ortodoksyjnych mieszkańców Kulobu, którzy w wyniku wojny domowej w sporym stopniu wymienili poprzednich mieszkańców stolicy, otacza wiele negatywnych stereotypów.
Grób Hamadaniego w Kulobie
Jeśli chodzi o zabytki, to najciekawszym miejscem jest wspomniane mauzoleum, przy którym znajduje się niewielkie muzeum i kiosk z pamiątkami. Zabrała mnie tu kiedyś moja tadżycka przyjaciółka, zdradzając przy tym, że kiedyś przychodziła się tu modlić w określonej intencji i życzenie się spełniło. Do samego grobu nie mogłyśmy podejść ze względu na naszą płeć. Lokalny islam kobiecą religijność w dużej mierze zamyka w domu - jak mawiają niektórzy Tadżycy, chodzenie do meczetów i w ogóle udział w życiu publicznym mogłoby kobietom zbyt namieszać w głowach, bo kobiety są na to bardzo podatne (myślę, że nasz obecny rząd by się tu dobrze odnalazł...). Jeśli chodzi o Hamadaniego, to ponoć nie mogłyśmy wejść do miejsca jego pochówku dlatego, że święty zobaczyłby nas bez ubrania... Na taką nieprzyzwoitość nie mogłyśmy sobie przecież pozwolić!
Ali Hamadani (1314-1385) - z obu stron potomek proroka Mahometa - pochodził z prominentnej rodziny z Hamadanu, leżącego na terenie Iranu. Tam uczył się u sufickiego szejcha, a w końcu sam został nauczycielem. Od młodości sporo podróżował po Azji, odwiedził nawet Europę, a wreszcie - w 1371 - postanowił osiąść w rzeczonym Kulobie. Stąd robił wycieczki do Kaszmiru, którego nawrócenie na islam stawiał sobie za cel - podobno w jednej z takich misji towarzyszyło mu nawet siedmiuset uczniów. Zmarł w jednej ze swoich podróży, a pochowany został właśnie w Kulobie, gdzie muzułmanie pielgrzymują do jego grobu.
No i muszę się przyznać, że moje życzenie w sposób zupełnie nieoczekiwany spełniło się również!

Mauzoleum Alego Hamadaniego w Kulobie na południu Tadżykistanu

Mauzoleum Alego Hamadaniego w Kulobie
Jeden z grobów otaczających mauzoleum Alego Hamadaniego



Tkanina z muzeum przy mauzoleum Hamadaniego



poniedziałek, 31 sierpnia 2015

W pamirskiej dolinie Szachdary

Dolina Szachdary
Tusjon to składająca się z 11 przysiółków wieś w dolinie Szachdary, położona w południowo-zachodniej części tadżyckiego Badachszanu. Najpierw podjeżdżamy marszrutką pod sporą górę, przy wysiadaniu kierowca wskazuje nam, w którym kierunku iść do mazaru. Mazar (po tadżycku mazor) to świątynia lub mauzoleum jakiejś ważnej osoby, u pamirskich ismailitów szczególnie malownicze z uwagi na charakterystyczne baranie poroża i czaszki, pośród których można znaleźć te najbardziej okazałe, należące do górskiej owcy Marco Polo. To zwierzę uważane jest w tutejszych górach za czyste i szczególne – taki pamirski anioł, jak powiedział mi pewien Pamirczyk.
Mazar w Tusjonie trudno przeoczyć – góruje nad wsią i wygląda jak porządny, pobielony dom na podmurówce. Na werandzie piec chlebowy, a w środku trzy groby (w tym dwa przykryte dywanami) i baranie rogi oraz czaszki – najbardziej zaskakująca jest ta z oczami. Po odwiedzeniu mazaru wdrapujemy się wyżej, żeby popatrzeć na dolinę z góry. Po drodze mijany facet sugeruje odwiedziny w dżamoacie – siedzibie lokalnej jednostki administracyjnej – bo tak podobno mają najnowsze wiadomości dotyczące mazaru. Schodzimy więc do centrum wioski, mijamy chłopców grających na podwórku w bilard, zagaduję przechodzącą staruszkę i pytam o mazar. Opowiada, ze Szoh Borhon przybył tu kiedyś z Indii… nie z Indii, z Iranu… Wtedy nie było tu wsi, był las. Dzięki Borhonowi w cudowny sposób popłynęła woda i tak powstała wieś. A w mazarze leży on, za nim jego matka, a na podłodze służąca. Staruszka zaprasza na herbatę, ale zaznacza, że tak naprawdę to ona wiele nie wie na temat mazaru. Za to na pewno wiedzą w dżamoacie.
Trudno nie pójść, skoro tak gorliwie rekomendują to mieszkańcy. Po drodze pytam o właściwy budynek, młody chłopak wyciąga do mnie rękę na powitanie (w Tusjonie wszyscy witają się podaniem ręki, a niektórzy dodatkowo wzajemnym cmokaniem w te podane ręce) – akurat tam pracuje. Żebym się nie przeraziła, że teraz siedzą w takim małym budynku, do którego trzeba wejść po drabinie, bo obok już budują sobie nowy.
W dżamoacie poruszenie – jest tu i facet, którego spotkałyśmy po drodze, i pilnie ściągnięty specjalnie z urlopu pracownik. Ale na szczęście nasza niespodziewana wizyta okazuje się ważniejsza niż dotychczasowe obowiązki. Podobno mają tu w komputerze plik na temat historii lokalnego mazaru i pracownicy rzucają się na jego poszukiwanie. Po chwili przerzucają się na poszukiwania telefoniczne z pytaniem, czy dana osoba nie wie, gdzie jest ów plik. I to nie przynosi efektu, postanawiają więc znaleźć wydrukowany egzemplarz. Obdzwaniają kolejne osoby, wreszcie namierzają faceta, który musi przyjść z kluczem, otworzyć budynek na tyłach dżamoatu i przynieść plik. Facet przyjedzie za 2 do 3 minut, faktycznie trwa to sporo dłużej, a w międzyczasie udaje się nam wypić herbatę. Pan urzędnik przynosi krówki, ciasteczka, chleb o raz kiełbasę, a ponieważ z zawierającą je reklamówką przeszedł przez centrum wsi, na herbacie zjawiają się kolejne osoby, zainteresowane poruszeniem.
Wreszcie jest prawie dwudziestostronicowy tekst, trzech pracowników robi ksero – jeden podaje kartki, drugi kseruje, trzeci układa skserowane. Ostatecznie dostaję do ręki piękny plik – okazuje się, że jakiś lokalny etnograf niedawno zbierał tu narracje na temat mazaru. Jak przeczytam, to dam znać, co też tam spisał.

Mazar w Tusjonie
Wnętrze mazaru w Tusjonie
Wnętrze mazaru w Tusjonie
Widok na centrum Tusjonu

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Najbardziej kulturalne miasto świata

Cała przygoda z Pandżakentem - miasteczkiem nad rzeką Zarafszan w prowincji Sogd - zaczęła się na parkingu przy fabryce cementu na północnym krańcu Duszanbe, skąd odjeżdżają marszrutki na północ kraju. Oczywiście od razu obskoczyli nas kierowcy, ale najbardziej przekonujący był ten, który nie tylko zwracał się do mnie pięknym zdrobnieniem Paulinoczka, ale zapewnił, że ma nowy samochód, a w nim już dwóch kulturalnych pasażerów.  Nie można było odmówić.
Kulturalny pan na przednim siedzeniu pochwalił się, że w 1968 roku interweniował w Czechosłowacji. Dziś, ubrany w białą koszulę, jechał do Pandżakentu w delegację. Dla wygody swój opakowany w elegancki pokrowiec garnitur powierzył równie kulturalnemu młodemu człowiekowi na siedzeniu za kierowcą (że to nie garnitur młodego człowieka okazało się dopiero, kiedy człowiek ów wysiadł w jakiejś dziurze sporo przed Pandżakentem).

Widok z przełęczy Anzob
Pandżakent to miasteczko nad rzeką Zarawszan liczące niewiele ponad 30 tysięcy mieszkańców. Leży zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Samarkandy, ale granica z Uzbekistanem została kilka lat temu zamknięta i - jak wieść lokalna niesie - zaminowana. Do samego Pandżakentu dostać się obecnie nie łatwo, bo górski tunel, budowany latami przez Irańczyków i otwarty - o ile pamięć mnie nie myli - zaledwie kilka lat temu, jest w naprawie i tak będzie do października. Trzeba nadłożyć trochę kilometrów, a przede wszystkim czasu, jadąc po fatalnej jakości drodze przez przełęcz Anzob - podobno jedną z bardziej niebezpiecznych w regionie. Strach w oczach rekompensują za to piękne widoki, szczególnie z samej góry - w chmurach pyłu trzeba wspiąć się samochodem na wysokość ponad 3 tysięcy metrów nad poziomem morza.

Smakołyki z czajchany Muhiddin
Pandżakent okazał się przemiłym miejscem - domy wydawały się bardziej czyste i zbudowane z większym rozsądkiem niż podejrzane konstrukcje w Duszanbe. Ludzie znacznie rzadziej zaczepiają turystów na ulicy odzywkami typu "heloł", a największą furorę robi czajchana Muhiddin. Jedzenie fantastyczne, w pierwszy dzień zamówiłyśmy płow za 15 somoni plus herbatę, do czego dostałyśmy chleb, sałatki, a potem znienacka po kawałku orzechowego ciasta i dwie kawy rozpuszczalne, a za wszystko policzono nam... 15 somoni. Drugiego dnia do obiadu dodano nam arbuza, a młodziutki kelner stwierdził, że musimy być jego gośćmi (przy czym zaproponował wymianę adresów na facebooku lub adnoklasnikach). Trzeciego dnia do obiadu (wyjątkowo pyszny laqman - mięsna zupa z makaronem) podano nam bardzo smacznie wyglądające kawałki wołowiny, a obiad zjadłyśmy... na rachunek szefa knajpy. Ten sam młody kelner koniecznie chciał nam przynieść coś jeszcze, żebyśmy - cytuję - wiedziały, że Tadżycy są gościnni. Ale nie mogłyśmy już niczego w siebie wcisnąć.
Równie kulturalna była obsługa w naszym hostelu, a nawet w knajpie, do której poszłyśmy na piwo - pan  właściciel co prawda bardzo chciał się z nami napić piwa i porozmawiać, ale po wielokroć zapewniał, że nie ma żadnych złych zamiarów i jeśli nie chcemy, to on sobie pójdzie. Nie mówić już o tym, że wyszłyśmy jako ostatni goście i nikt nawet się nie zająknął, że żona właściciela czeka już na niego przy wyjściu z torebką na kolanach.
Wróciłyśmy z Pandżakentu z tym samym kulturalnym kierowcą, chociaż pasażerów miał tym razem nieco mniej kulturalnych. Obok mnie siedział potwornie bełkoczący pan, który przez ćwierć wieku pracował w moskiewskim KGB, wraz z niezwykle młodą małżonką. Zapraszali nas do siebie, bo użyczyłyśmy im magicznej polskiej tabletki na ból głowy, ale nie mogli się za to nadziwić, że nie chcę się poczęstować takim przysmakiem jak kurut, czyli zeschłą kulką z jakiegoś mlecznego przetworu, chyba jogurtu - niestety mdli mnie na samą myśl. Za nami natomiast siedziała rodzina z dzieckiem - matka za moimi plecami miała okropną chorobę lokomocyjną. A na postoju taki patriarchalny obrazek - żony najpierw poszły do toalety, a potem czekały sobie na uboczu na odjazd, natomiast mężowie poszli zjeść i napić się herbaty, a potem za potrzebą w krzaki. Bełkoczący pan ożywił się po tym posiłku niezwykle i zaczął bawić rozmową najpierw kierowcę (bez efektu), potem mnie (również), potem pana z tyłu, a ostatecznie własną małżonkę, co poszło mu zresztą najlepiej. Chyba pierwszy raz była w podróży, więc pokazywał jej to rzekę, to góry, to przełęcz.
O samym Pandżakencie jeszcze będzie.

Widok z drogi przez przełęcz Anzob
Przydrożne źródło
Widok z drogi przez przełęcz Anzob        
Przydrożny postój
Przełęcz Anzob
Przełęcz Anzob

sobota, 25 lipca 2015

Wizowe rozżalenie


za: https://en.wikipedia.org/wiki/Visa_policy_of_Tajikistan
Wydawanie obcokrajowcom wiz w ambasadzie tadżyckiej w Wiedniu to koszmar. Tysiąc maili i telefonów wykonanych do ambasady w ciągu półtora tygodnia, bo tyle mniej więcej nasze paszporty czekały na łaskawy koniec. Zaczęło się od tego, że - mimo posiadanego przez nas potwierdzenia, kiedy dokumenty dotarły kurierem pocztowym do ambasady - pracownik działu wizowego twierdził, że dostał je dopiero po kilku dniach (raz nawet nie podszedł do telefonu, bo podobno był w innej części budynku, który jest... zupełnie mikroskopijny). Potem były przepychanki z typem wizy, chociaż starałyśmy się o naukową, mając odpowiednie zaproszenia. Największym marzeniem pracownika było wciśnięcie nam wiz biznesowych (tzw. wizoi kori), co udało mu się w ubiegłym roku i miałyśmy potem niemały stres, jak celnik zażądał pozwolenia na pracę, strasząc karami!). Wizy studenckie... no mógłby wydać... ale bez pozwolenia na wjazd do Badachszanu, bo wtedy nie może. Chcemy sprawdzić przepisy i ceny (pan oczywiście o nich nie mówi, tylko odsyła do internetu), ale strona ambasady jest nagle zawieszona i nie działa... przez kolejny tydzień!
Ostatecznie wiz studenckich jednak nie może, daje nam wizy na cele prywatne (wizoi chosusi), cokolwiek by to nie znaczyło. Zdaniem pana z ambasady nie będziemy mieć żadnych problemów. Ale płatny meldunek na miejscu w odpowiednim urzędzie musimy zrobić i tak. Za 20 euro od osoby na osłodę otrzymujemy za to pozwolenia na wjazd do Badachszanu (opłata pewnie idzie do kieszeni, bo nie jest wyszczególniona na stronie, a ambasada w Berlinie daje je za darmo). Wiza na cele prywatne jest tańsza o 10 euro, ale oczywiście nie ma mowy o zwrocie pieniędzy (nie pierwszy raz mi się to zdarza, chociaż za pierwszym przynajmniej obiecywali zwrot).
Moja wiedeńska przyjaciółka idzie wreszcie odebrać paszporty (ambasada nie odeśle ich nawet na mój koszt). Ma przyjść koło południa, ale godzinę czeka pod ambasadą, bo akurat jedzą tam lunch - nie ma tego w informacji o godzinach pracy ambasady, a telefon oczywiście nie odpowiada. Tak się robi w Tadżykistanie, a że osoba z Europy tego nie wie, to jej sprawa... Ostatecznie dostaje się do środka. Pan dopytuje ją, po co tam jedziemy i stwierdza, ze nie wydał wizy naukowej czy studenckiej, bo instytucja zapraszająca jest... podejrzana. I nie działa jej strona internetowa (sic!).
Zastanawiam się, czy ten koszmar - chyba większy z roku na rok - teraz ma coś wspólnego z zeszłorocznym aresztowaniem w Tadżykistanie badacza zatrudnionego w zachodnim projekcie. Ale myślę, że nie, bo paszporty wysyłają z naszymi dwie polskie turystki. Kiedy przy jednej z rozmów telefonicznych  pytam o ich paszporty, pan uprzejmie mnie informuje, że przecież nie dołączyły wniosku. Zapewne, gdybym nie zapytała, w ogóle nie dostałyby tych wiz. Jakiego, przecież dołączyły wszystkie dokumenty (zgodnie z działającą jeszcze wtedy stroną)? No takiego swoimi słowami, że chcą jechać. Ostatecznie w zamian za opłatę wizową wniesioną - jak na stronie - za wizę na 45 dni, pan wypisuje im w paszporcie wizę na miesiąc. I tym samym okrawa im jeden dzień, bo wpisane miały, że będą 31 dni. I całe szczęście, że wyjeżdżają stamtąd nie samolotem, a drogą lądową i mogą wycyrklować na dzień wcześniej.
To tyle. Wieść niesie, że w Berlinie nie jest lepiej.

czwartek, 5 lutego 2015

Przeszłam przez rzekę...

... to znaczy przeczytałam ostatnio nową książkę Ludwiki Włodek o postradzieckiej Azji Centralnej. I wstyd by było nic o tym nie napisać, bo przecież cokolwiek na ten temat pojawia się na polskim rynku wydawniczym sporadycznie. Trzeba natomiast przyznać, że mamy chyba trochę modę na książki reportażowe - i dobrze. Jeszcze lepiej, że coś się wśród tych reportaży ukazało wreszcie o tych wszystkich - jak to ludzie mawiają - stanach. Ten "stan" to nawiasem mówiąc pochodzi z perskiego i oznacza miejsce - Tadżyków, Kirgizów, Afgańczyków i innych. I my dla perskojęzycznych jesteśmy nie żadną Polską, a Lahestanem.

http://www.wydawnictwoliterackie.pl/
"Wystarczy przejść przez rzekę" podobało mi się. Nawet jeśli na początku nie koniecznie interesowało mnie życie osobiste autorki, to w sumie stwierdzam, że w tej książce ma to sens - przecież każda podróż jest inna, a nasze doświadczenie, płeć czy towarzysze podróży każdą czynią specyficzną i niepowtarzalną. To przecież nie naukowa pozycja służąca jakimś generalizacjom i teoriom, ale podróż, spotkanie z ludźmi. I te swoje spotkania - z artystką z Uzbekistanu Umidą, z Rozą - byłą kirgiską prezydent, czy też z ludźmi całkiem zwykłymi - autorka opisuje wciągająco. I w sposób zupełnie bezbolesny i jakby mimochodem wtłacza nam sporą dawkę wiedzy o regionie, polityce, społeczeństwie. No i świetnie jest ta książka wydana, z kolorowymi zdjęciami - naprawdę miła rzecz, dzięki której ktoś się zainteresuje tym niedowartościowanym regionem. I - co bardzo cenię we wszelkich wydawnictwach o Wschodzie w języku polskim - ma spolszczoną wymowę imion i nazw geograficznych, tak że nie straszą nas rozmaite Khany, Khorogi, Parvizy i inne Afsanehy.
Na koniec trochę anegdotycznie - tak sobie pomyślałam w trakcie lektury, jak czasem pewnym odległym od nas ludziom, miejscom czy wydarzeniom staramy się nadać bardzo egzotyczny charakter. Myślimy, że są tak różni czy różne od tego, co znamy. Tak sobie pomyślałam, kiedy przeczytałam podpis pod jednym ze zdjęć, że w kazachskich wioskach prawie nie istnieje transport publiczny i dojeżdża się tam najlepiej taksówką czy prywatną marszrutką (s. 192). Czy próbowaliście dojechać kiedyś transportem publicznym do podkrakowskiej wsi? PKS kiedyś faktycznie jeździł, zwykle co parę godzin, dzisiaj to nawet nie mam pojęcia, czy istnieje. Dojeżdża się... prywatnymi busami :)

sobota, 17 stycznia 2015

O niewolnikach, przekładzie i nielegalnej wymianie pieniędzy

Zapomniałam się pochwalić, że na urodziny dostałam od mojego przyjaciela książkę Sadriddina Ajniego pod tytułem "Niewolnicy" ("Gulamon") - drugie wydanie warszawskiego Czytelnika z 1953 roku. To jedna z niewielu tadżyckich powieści, którą można przeczytać po polsku, chociaż Mikołaj Dąb tłumaczył ją nie z oryginału, ale z rosyjskojęzycznego wydania. To zresztą bardzo popularna w Polsce praktyka w odniesieniu do literatury wschodniej. Dzieje się tak z uwagi na brak osób znających bardziej egzotyczne języki i zniechęcające potencjalnych tłumaczy niewielkie zainteresowanie taką literaturą. Ale Tadżycy mają podobny problem - do nich literatura światowa dociera przede wszystkim przez język rosyjski. Pamiętam wizytę w Stowarzyszeniu Pisarzy Tadżykistanu - jeden z zatrudnionych tam twórców (koniecznie muszę napisać przy okazji co nieco o tej fascynującej instytucji) pochwalił mi się, że właśnie dostał świeżuteńki przekład "Stu lat samotności" prosto z rąk tłumacza, i że to podobno wreszcie tłumaczenie z oryginału! Bardzo mnie to zainteresowało, bo mam już perskie tłumaczenie i uznałam, że fajnie byłoby je kiedyś porównać, więc miły pan od razu wyjął książkę i dał mi ją w prezencie. Jakoś głupio mi było spojrzeć mu w oczy, gdy na pierwszej stronie przeczytałam: z rosyjskiego tłumaczył... Kolumbijski noblista wtedy jeszcze na szczęście żył, więc się w grobie nie mógł przewrócić.

Ajni na swoim patio w Samarkandzie
Ajni czyta gazetę, niestety nie widzę jaką
Ajni przemawia
Wracając do "Niewolników" - Sadriddin Ajni to tak zwany ojciec języka tadżyckiego, zasłużony  dla jego współczesnego rozwoju intelektualista, pisarz i pierwszy prezes Tadżyckiej Akademii Nauk. Urodził się w 1879 roku na terenie ówczesnego Emiratu Buchary, już wtedy będącego pod rosyjskim protektoratem. W Samarkandzie natrafiłyśmy przypadkiem na dom, w którym Ajni mieszkał przez ponad 35 lat po ucieczce przed represjami politycznymi z Buchary. Miałyśmy iść tylko na kolację i zobaczyć Registan nocą, a tu nagle wyrosło przed nami malutkie muzeum, jeszcze otwarte mimo wieczornej pory. Zachowały się w nim dwa gabinety Ajniego - starszy i nowszy. Tu właśnie powstali "Niewolnicy","Śmierć lichwiarza", wspomnienia i studia historyczne. Miły staruszek oprowadził nas, opowiadając historyjki z życia pisarza, pokazując zachowane umeblowanie i rozmaite przedmioty użytku codziennego należące do Ajniego, a także fotografie i prezenty. Na koniec wyjął spod lady książki, które mogłyśmy kupić, przedstawiając je jako rzadkie i niemile widziane w Uzbekistanie pozycje w języku tadżyckim. No to kupiłam oczywiście - wybrałam wydaną w 1953 roku "Śmierć lichwiarza" o zapachu pleśni, czując się prawie jak antyuzbecki terrorysta. Na koniec było zdjęcie z miłym staruszkiem przed popiersiem poety w ogródku. A na sam koniec okazało się, że na książkę i bilety wydałyśmy całą lokalną gotówkę i na kolację musimy gdzieś wymienić chociaż kilka dolarów, które na szczęście miałyśmy przy sobie na czarną godzinę tego spaceru. W Uzbekistanie nie opłaca się wymieniać waluty w oficjalnych punktach, trzeba to robić u - jak to się mówiło w czasach mojego dzieciństwa - koników. Zebrałyśmy więc sporo ciekawych doświadczeń, jak wymiana gotówki w sklepie z dywanami, do którego doprowadził nas przypadkowo zagadnięty handlarz, czy pod murem bazaru u przypadkowego pana z reklamówką pełną somów. Wtedy w Samarkandzie zdecydowałam się na niewinne pytanie o najbliższy kantor w sklepie z telefonami komórkowymi. Zadziałało bardzo skutecznie, a sprzedawca dziwił się, że nie chcemy wymienić więcej niż 10 dolarów i zasugerował wobec tego... znalezienie bogatych mężów.
Wracając jednak do Ajniego - Duszanbe też jest poświęcone mu muzeum w jego tutejszym domu (chociaż pisarz mieszkał w nim bardzo niedługo). Muzeum jest od tego w Samarkandzie znacznie uboższe w eksponaty, a z uwagi na polityczne perturbacje nie utrzymuje z samarkandzkim żadnych kontaktów. Dla oprowadzającej nas pani byłyśmy fascynującym źródłem wiedzy jako osoby, które naocznie widziały muzeum w Samarkandzie, i to całkiem niedawno. Po obejrzeniu gablotek, fotografii i koszul mistrza wpisałyśmy się do księgi, zrobiłyśmy zdjęcie z panią i obejrzałyśmy wystawę z książkami do sprzedaży. Chciałam kupić właśnie "Niewolników", ale tymi obecnie w Tadżykistanie raczej się nie handluje (chociaż pani powiedziała, że może się postarać, jeśli bardzo chcę). Więc teraz zabieram się za lekturę polskiego przekładu. Relacja czy warto - niebawem.


Jeden z gabinetów Ajniego w jego domu w Samarkandzie

Wnętrze domu Ajniego w Samarkandzie

Nasz cudowny przewodnik po samarkandzkim domu Ajniego

Przedmioty należące do pisarza i wydanie jego pracy po tadżycku w jego domu w Duszanbe

Dom-muzeum Ajniego w Duszanbe

sobota, 27 grudnia 2014

Łapówki


Co roku Transparency International - założona w 1993 roku międzynarodowa, niezależna organizacja pozarządowa zajmująca się śledzeniem i zwalczaniem korupcji - przygotowuje raport dotyczący tego, jak poszczególne kraje radzą sobie z tym zjawiskiem. Otóż w roku ubiegłym najgorzej radził sobie - czyli nie radził sobie wcale - Afganistan, zajmując "zaszczytne", 175. miejsce i uzyskując 8 na... 100 puntów! Wcale nie specjalnie lepiej, jak wynika z raportu, radzi sobie Korea Północna i Somalia. Tadżykistan jest 24. od końca, sytuując się tym samym na lepszej pozycji niż inne poradzieckie państwa centralnoazjatyckie - Turkmenistan i Uzbekistan. Na 100 udało się mu zdobyć 22 punkty.
Korupcja jest wszędzie - pisałam już o niej w systemie edukacji. Mimo szczerych chęci w Tadżykistanie wręczenie łapówki jest trudne do uniknięcia. Prędzej czy później ktoś postawi cię w sytuacji, kiedy po prostu nie masz wyjścia. Mnie postawili kiedyś podczas podróżny w Pamir. Pustynia, na której nagle wyłania się posterunek przydrożny, a w nim dwóch nastoletnich żołnierzyków.Obcokrajowiec w samochodzie? Proszę wysiąść. Nie, nie może pani przejechać, bo nie ma pani pozwolenia. Pokazuję, że mam przecież przepustkę w paszporcie, ale oni twierdzą, że chodzi o inne pozwolenie. Generał wydał rozkaz, żeby obcokrajowców nie puszczać. Mogę tu wysiąść, na tej właśnie pustyni, i wrócić sobie do domu. Chyba pieszo. Proszę o pokazanie owego rozkazu, ale słyszę w odpowiedzi, że to rozkaz... ustny. Kierowca jeepa, którym jadę, przestępuje z nogi na nogę, reszta pasażerów zaczyna się również niecierpliwić. Wtedy jeszcze nie wiem, co robić, więc dzwonię do znajomego z uniwersytetu w Chorogu, który miał się mną zaopiekować, z pytaniem o radę. On prosi, żebym oddała słuchawkę żołnierzykom. Zadowoleni po chwili oddają mi słuchawkę, w której słyszę: no powinna pani im coś dać... Ale ile?! No, wyczuje to pani... Nie wyczuwam, więc pytam żołnierzyków, ile chcą. Sumitują się, że mieliby problemy, jakby mnie tak po prostu puścili. Ostatecznie dostają połowę tego, co zaproponowali - jakieś paręnaście złotych. W międzyczasie przejeżdża Chińczyk z prywatnym szoferem, oczywiście płaci również, ale - jak z satysfakcją informuje mnie na stronie mój kierowca - prawie 10 razy tyle. W każdym razie, ku radości reszty współpasażerów, możemy jechać dalej.
Tak bywa. Chociaż podobno obecnie sytuacja obcokrajowców poprawia się, bo ktoś z bliskich osób prezydenta wyszukuje, np. w internecie, przykłady obcokrajowców skarżących się na łapówki i wyciąga konsekwencje. Czy to prawda, czy tylko legenda miejsca, nie mam pojęcia, ale faktycznie miałyśmy z koleżanką zaskakująco pozytywną sytuację przy przekraczaniu granicy z Uzbekistanem (ukłony dla panów celników, szczególnie dla tego, który pomógł nam najbardziej, a przy okazji zresztą zaprosił mnie na wyjazd do ośrodka wypoczynkowego - sanatorium - z którego niestety nie skorzystałam). Obiektem afery okazała się być "migracjonnaja kartoczka" - świstek papieru, który wypełnia się i otrzymuje opieczętowany przy przekroczeniu granicy Tadżykistanu, a oddaje przy wyjeździe z tego kraju. Jakoś nie przyszło nam do głowy mieć je przy sobie... Porady celników były różne - "skoczyć" taksówką do domu w Duszanbe (dobrze ponad 2h w jedna stronę), albo namówić kogoś, żeby tych karteczek szukał w naszych pokojach i wysłał je taksówką. Jeden wciągnął kodeks karny w czerwonej oprawie i uprzejmie podstawił mi pod nos, żebym mogła sobie przeczytać, jaka jest kara za brak posiadania odpowiednich dokumentów. Przy okazji chętnie dołożyłby jeszcze karę za - jego zdaniem - nieodpowiednią wizę. Smutna muzyka z laptopa w tle i nasze dyskretne rozważanie, ile oni mogą od nas ostatecznie chcieć, oraz ich dyskretne rozważanie, że to obcokrajowcy, więc się może zrobić afera, jak od nas wezmą. Atmosfera trochę się poprawiła, kiedy jeden z celników zapragnął zgłębić tajniki języka polskiego i zaczął zapisywać sobie podstawowe zwroty na karteczce. Ale najważniejszy mundurowy, ten odpowiedzialny za wbicie pieczątek do naszych paszportów, trzymał nas w niepewności jeszcze długą chwilę. W końcu przepuścił.

Na koniec mało przyjemna ciekawostka - Polska w rankingu Transparency International ma zaledwie 60 punktów na 100. Lepiej od nas wypadają nawet tak egzotyczne miejsca jak Chile, Urugwaj czy Botswana.

http://www.transparency.org/cpi2013/results